niedziela, 30 listopada 2014

Jak oszczędzać na kosmetykach, nie rezygnując z nich- cz. 2

Wpis o tym "Jak oszczędzać na kosmetykach, nie rezygnując z nich" spotkał się z bardzo fajnym odbiorem z Waszej strony, dlatego dzisiaj postanowiłam stworzyć jego drugą część, na podstawie swoich nowych pomysłów, oraz tego, co zaproponowaliście w komentarzach. Mam nadzieję, że również z tych propozycji chętnie skorzystacie i będziecie mogły sobie na kolejnych zakupach pozwolić na nieco więcej. Pierwsza część możecie przeczytać tutaj.


1. Zamawiaj przez internet- wiele produktów w internecie można dostać dużo taniej, niż stacjonarnie. Dokładnie te same produkty często na allegro, czy w drogeriach internetowych kosztują grosze, natomiast w sklepie stacjonarnym majątek. Pamiętaj, że stacjonarnie płacisz też za wynajem lokalu, czy liczniejszą obsługę.

2. Dziel koszty przesyłki, lub poluj na darmową dostawę- zamawiając kosmetyki w internecie warto zapytać siostrę/mamę/przyjaciółkę/współlokatorkę czy nie chciałyby również czegoś zamówić. Dzieląc koszt przesyłki na 2, czy nawet więcej osób, zaoszczędzamy kolejne kilka złotych. Alternatywą do tego rozwiązania są darmowe dostawy. Warto z nich korzystać, jednak śledzenie takich informacji wymaga już trochę czasu i cierpliwości.

3. Używaj wspólnie z innymi- są produkty o takiej pojemności, które naprawdę ciężko zużyć samodzielnie, albo wręcz jest to niemożliwe. Wykończenie lakieru do paznokci przed jego zgęstnieniem jest trudne. We dwie, łatwiej dacie mu radę, a dzieląc się swoimi zbiorami macie znacznie większą gamę kolorów.

4. Nie skreślaj tanich produktów- o tym, że cena nie zawsze jest wyznacznikiem jakości, przekonałam się już niejednokrotnie. Produkty tanie, często dyskontowe są dobre, a jednocześnie kosztują kilka złotych mniej, niż ich markowe odpowiedniki. Tutaj prym zdecydowanie wiedzie Biedronka. Tańsze drogeryjne marki również spisują się nieraz lepiej, niż te znane i drogie. Pamiętaj, często płacisz duże pieniądze nie tylko za produkt, ale też za jego reklamę!

5. Wykorzystaj potencjał swojego telefonu- obecnie większość z Was posiada smartfony, które dają duże pole do popisu. Za przykład, może posłużyć chociażby aplikacja KWC, za pomocą której możesz sprawdzić w drogerii, czy kosmetyk jest warty zakupienia, czy lepiej nie patrzeć nawet w jego stronę. Można również zajrzeć na blogi ;).

6. Porównuj ceny w różnych sklepach- pamiętaj że w różnych sklepach są różne ceny. I nie mówię tutaj o tym, żeby biegać po całym mieście, bo coś tam jest tańsze o 5 groszy. Nie od dzisiaj jednak wiadomo, że Natura jest droższa od Rossmanna, a Rossmann od marketów. Ceny w różnych miejscach potrafią różnić się nawet o kilka złotych!


7. Pamiętaj o tym, co już masz- myślę, że wielu z Was zdarzyło się wrócić z zakupów i stwierdzić, że jakiś produkt już macie i wcale go nie potrzebowałyście. Nie dajcie się ponieść fali promocji. Dwa razy zastanówcie się, czy dany kosmetyk na pewno jest Wam potrzebny.

8. Zachowaj rozsądek robiąc zapasy- zapasy to dobra rzecz. Na promocji możesz kupić taniej np żel pod prysznic, który wykorzystasz za miesiąc, czy dwa. Ale jeżeli w Twoich zapasach jest 20 żeli to zaczyna się problem. Produkty mogą się przeterminować, zanim zdążysz je wykorzystać.

9. Znajdź nowe zastosowanie dla bubli- o rozczarowanie jakimś produktem nie trudno. Niesprzyjającą naszym włosom odżywkę możemy wykorzystać do golenia nóg, a szampon do mycia pędzli, czy nawet podłogi. Takich rozwiązań jest naprawdę dużo, wystarczy trochę pokombinować, żeby nie wyrzucać pieniędzy do kosza. Zużyjesz do końca i nie będziesz aż tak bardzo żałować nieudanego zakupu.

10. Przechowuj jak należy- ten punkt tyczy się przede wszystkim lakierów do paznokci, chociaż nie tylko. Ważne jest, żeby swoje kosmetyki trzymać w miejscu ciemnym, chłodnym, a lakiery w lodówce, jeśli tylko mamy taką możliwość. Słoneczny parapet to na pewno nie jest dobre miejsce na nasze kosmetyki.

Jakie są Wasze sposoby na oszczędzanie bez wyrzeczeń?

poniedziałek, 22 września 2014

"O mój Boże, jestem studentką!", czyli poradnik dla początkujących i nie tylko

Pamiętam jak dziś, kiedy dostałam się wreszcie na studia. Wydawało mi się, że to pewien przełom w życiu i w pewnym sensie niewiele się pomyliłam. Wraz ze studiami zmienia się wszystko. Nauka nie jest już tym samym co w szkole. Nie siedzimy w ławce oczekując dzwonka, modląc się w duchu "oby mnie nie zapytała!" i nie nosimy wielkiej torby pełnej książek i zeszytów. Ale jak się przygotować do studiów, skoro właściwie nic o nich nie wiemy? Jeżeli trafiłaś tutaj, a może trafiłeś, bo za trochę ponad tydzień sama zaczynasz studia to postaram się trochę rozjaśnić o co chodzi w tym całym studiowaniu, dlaczego to wcale nie jest takie straszne, co znaczą te wszystkie dziwne pojęcia i jak skompletować swoją studencką "wyprawkę".


Dzienne, a zaoczne
Zaczynając od postaw to mamy do czynienia ze studiami dziennymi (stacjonarnymi), lub studiami zaocznymi (niestacjonarnymi), czyli chodzisz na uczelnię w tygodniu, albo w weekendy, podczas zjazdów. Ale to już wiesz, jeżeli od października zaczynasz studia. Jeżeli czeka Cię to za rok, albo więcej, może właśnie się czegoś dowiedziałaś :).

Dziwne studenckie pojęcia
Na pewno część z Was robi wielkie oczy słysząc kolos, zerówka, ECTSy, czy dzień rektorski. W tym miejscu postanowiłam pokrótce wyjaśnić te wszystkie pojęcia, którymi posługują się studenci, żeby nic Was nie zaskoczyło, kiedy pójdziecie już na uczelnię.

Dzień rektorski- to coś, co studenci lubią najbardziej! Jest to dzień wolny, który rektor ogłasza sam z siebie, lub na prośbę studentów. Powodów może być wiele- różne uroczystości, juwenalia, czy jeden dzień między świętami. Czasami występują też godziny rektorskie. Wtedy zajęcia odbywają się przykładowo tylko do 13.
Ćwiczenia- te najbardziej przypominają szkolną lekcję. Zajęcia są prowadzone w mniejszych grupach i nastawione są bardziej na część praktyczną tego co pojawiło się na wykładzie. W jaki sposób się odbywają, zależy głównie od prowadzącego.
Wykład-  to ten moment, kiedy zasiadasz w ławce i prowadzisz skrupulatne notatki, które okazują się wybawieniem w czasie sesji i pozwolą na szybkie jej zakończenie. Wykład to nic innego jak wyłożenie teorii przez prowadzącego.
Lektorat- czyli zajęcia z języków obcych. Taka lekcja angielskiego/niemieckiego/itd, którą znasz ze szkoły ;).
Kolokwium- to taki sprawdzian w trakcie semestru. Na mojej uczelni najczęściej jest jedno kolokwium w połowie semestru, drugie na koniec, a ocena z obu stanowi zaliczenie ćwiczeń. Jednak ich ilość zależy od prowadzącego.
Sesja- to pojęcie na pewno nie jest Ci obce! Sesja to czas egzaminów. Zajęcia normalne już się nie odbywają. Studenci uczą się po nocach, żeby rano iść na egzamin i zdać go na 5! ;)
Zaliczenie- to taki egzamin z ćwiczeń. Najczęściej, żeby móc podejść do egzaminu w sesji, musisz zaliczyć ćwiczenia.
Zerówka- w definicji jest to taki egzamin przed sesją, który powinien odbywać się bez konsekwencji. Zdałaś? Masz ocenę. Nie zdałaś? Idziesz na egzamin w sesji, jakby ta praca nigdy nie istniała. Niestety, część wykładowców nie robi ich wcale, lub robi na prawach normalnego egzaminu.
Egzamin- to ten moment, kiedy musisz wykazać się swoją wiedzą z całego semestru. Egzamin kończy Twoją przygodę z danym przedmiotem.
Punkty ECTS- mają one na celu pokazać ile pracy musi włożyć student, żeby zaliczyć dany przedmiot. Ważniejsze przedmioty mają więcej punktów ECTS, mniej ważne mniej. Do zaliczenia semestru potrzebujesz 30 punktów. Na ich podstawie oblicza się także średnią ocen.
Obrona- to egzamin kończący studia polegający na obronie pracy, którą pisałaś przez ostatni miesi.. ekhm, cały ostatni rok! W zależności od uczelni, musisz zaprezentować swoją pracę, lub odpowiedzieć na kilka pytań komisji, żeby móc cieszyć się dyplomem i wyższym wykształceniem.

Studencka wyprawka
Studia to nie szkoła, dlatego koniec z kupowaniem 30 podręczników, kolejnych 40 zeszytów, piórnika, długopisu zielonego, czarnego, niebieskiego, dwóch ołówków, gumki do mazania, linijki, ekierki i dwudziestego w życiu kątomierza, bo poprzedni znowu zaginął. Generalnie studia można bez problemu przetrwać z jednym zeszytem i jednym długopisem. Ewentualnie potrzebny będzie jeszcze kalkulator, jeżeli wybierasz się na kierunek bardziej ścisły. Wszystko co musisz kupić zależy tylko i wyłącznie od Twoich potrzeb i wygody. Jeśli jesteś wzrokowcem na pewno przydadzą się kolorowe zakreślacze i długopisy, ale o tym trochę później.
Nie przeraź się kiedy przyjdziesz na pierwszy wykład, a prowadzący poda listę 10 książek dotyczących danego przedmiotu. W zeszłym roku przerażona dziewczyna z pierwszego roku zapytała mnie "my to wszystko mamy kupić?!". Odpowiedź brzmi: nie! Najczęściej do zaliczenia danego przedmiotu wystarczają same notatki z wykładów. Książki podane przez wykładowcę mogą pomóc w zrozumieniu określonego zagadnienia, zawierają więcej informacji, zagłębiają temat. Zajrzenie tam może być pomocne, ale na pewno nie będziesz czytać wszystkiego od deski do deski :).


Jak robić notatki
Jak będą wyglądały Twoje notatki, zależy tylko i wyłącznie od Ciebie. Jeśli nie chcesz, nie musisz ich robić. Nikt na Ciebie nie będzie o to krzyczał. Będziesz sama na siebie krzyczeć, podczas sesji! ;). Koniec z dyktowaniem przez nauczyciela co zanotować, co podkreślić, co możesz pominąć. Na wykładzie sama decydujesz co notować, w jaki sposób i na czym. 
Sposobów na notatki jest wiele i zapewne po jakimś czasie sama wypracujesz swój system. Możesz notować w zeszycie, na kartkach, czy na laptopie. U mnie najlepiej sprawdza się duży zeszyt A4, który dzielę na wszystkie przedmioty i tym sposobem wszystko jest na swoim miejscu. Luźne kartki nie zdały u mnie egzaminu. Podczas nauki, zamiast skupić się na nauce, co chwilę musiałam układać kartki, które cały czas mi się mieszały. Notowanie na laptopie jest świetne, ale.. trzeba go na uczelnię nosić. Jest ciężki, trzeba go pilnować, zdecydowanie nie dla mnie. Chociaż pisanymi w wordzie notatkami nie pogardzę ;).
Jako że jestem wzrokowcem, naukę znacznie ułatwiają mi wszelkie kolorowe zakreślacze, długopisy, flamastry, a nawet kredki. Przed sesją, moje notatki zamieniają się w istną feerię barw. Często siedząc na egzaminie kojarzę, że jakieś pojęcie było podkreślone na zielono, wzór zapisany w czerwonej ramce, a cechy czegoś tam wymienione od fioletowych kropek. To naprawdę pomaga!

Jak przetrwać wśród ludzi
Na to jest tylko jedna rada! Nie bądź snobką, ale nie daj się też wykorzystywać. Na studiach spotkasz różnych ludzi. Od tych, którzy będą chcieli, żeby się dzielić z nimi notatkami/pytaniami/itd, ale sami również będą pomocni, po tych, którzy szukają jelenia na odwalanie za nich całej roboty. Grunt to wyczuć z kim mamy do czynienia. Nie zakładaj od początku, że każdy chce Cię wykorzystać. Zgrani, pomagający sobie ludzie to naprawdę fajna sprawa!
Poza tym, pamiętaj, żeby nawiązywać nowe znajomości! Moja jedna znajomość trwa już 3 lata i jest najlepszą rzeczą, która spotkała mnie na studiach! ;)


Zdaję sobie sprawę, że wiele z tego co napisałam jest oczywiste. Ale mam też nadzieję, że w jakiś sposób udało mi się też rozjaśnić kilka spraw. Pamiętam jak w liceum nauczyciele straszyli nas tym, jakie studia są ciężkie, co to nie będzie i że właściwie to taka szkoła przetrwania. Nic bardziej mylnego! Studia mają swoje plusy i minusy, ale zdecydowanie mówię, że studiowanie to fajna sprawa!

Dajcie znać, jeśli macie jakieś pytania!
Trzymajcie się ciepło! :)

środa, 30 kwietnia 2014

Ucz się języków obcych, czyli kilka przyjemnych sposobów

Zazwyczaj na moim blogu pojawiają się notki z serii "coś dla ciała". Postanowiłam trochę urozmaić tematykę i postawić też na wpisy o rozwoju osobistym. Sama często szukam tego typu postów, znajduję w nich mnóstwo ciekawych rad, pomysłów i motywacji. Dlatego postanowiłam podzielić się z Wami moimi sposobami na przyjemną naukę języków. Skupiłam się tu głównie na języku angielskim, bo to jego najczęściej się uczymy. Mimo to, część moich sposób ma swoje odpowiedniki w innych językach. Mam nadzieję, że przynajmniej jedna z 5 moich propozycji przypadnie Wam do gustu i pozwoli Wam urozmaicić naukę.

Profesor Henry

Profesor Henry jest programem skupionym głównie na słówkach. Wszystkie posegregowane są według odpowiednich kategorii (czas, media, nauka, żywność itd). Możemy wybrać ile słówek w danym dniu chcemy się uczyć, a następnie przechodzimy do 6 ćwiczeń (rozpoznawanie ze słuchu, rozumienie tekstu, rozumienie ze słuchu, wybór tłumaczenia, dyktando i wpisywanie tłumaczenia). Oprócz tego, program na podstawie naszej wiedzy, wyznacza powtórki na kolejne dni. Dostępne są również dodatkowe ćwiczenia, gry językowe, fiszki, możliwość dodawania swoich słówek i kontrolowanie postępu w nauce.

Duolingo

Na tą stronkę natknęłam się stosunkowo niedawno, ale od razu przypadła mi do gustu. Wystarczy zarejestrować się na stronie (klik) i bezpłatnie uczyć się języków. Po polsku dostępna jest tylko nauka angielskiego. Innych języków można natomiast się uczyć po angielsku (co jest równie ciekawe!). Lekcje pogrupowane są również według kategorii. W każdej z nich mamy dostępne 3 życia, a po ich utracie, lekcja zaczyna się od początku. Dodatkowo podczas nich zbieramy punkty. Ciekawą i motywującą opcją jest też możliwość rywalizacji z innymi (jeżeli korzystacie z Duolingo to zostawcie swój nick- chętnie z Wami porywalizuję!). W czasie nauki zbiera się także lingoty, które później można wydawać w sklepie. Liczone są też kolejne dni nauki z rzędu, co również motywuje do regularnej nauki.

Ororo.tv

Na tej stronie (klik) możemy bezpłatnie obejrzeć dziennie jeden odcinek wybranego serialu (Lost, Skins, Friends, Dexter, The Borgias, The Walking Dead, Sex And The City i wiele innych) w języku angielskim. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że do każdego filmiku możemy włączyć również angielskie napisy, które na pewno ułatwią naukę z słuchu, a także zmieniać szybkość odtwarzanego filmiku. 

Podcasty

Słuchanie podcastów świetnie sprawdza się w samochodzie, w autobusie, czy w poczekalni u lekarza. Zamiast tracić czas, można założyć słuchawki na uszy i włączyć sobie ciekawą audycję po angielsku. Pozwalają one na "osłuchanie się" z językiem, a w rezultacie łatwiejsze rozumienie słuchanego tekstu. Ja najczęściej korzystam korzystam ze strony spotlightenglish (klik), gdzie dostępne są nagrania do ściągnięcia, a także transkrypcja .

Angielskie audiobooki

Ostatnia propozycja również skupia się na rozumieniu tekstu słuchanego. Audiobooki w języku angielskim to dobry pomysł na spędzenie podróży, czy czasu wolnego w domu. Najlepiej słuchać na początek książek łatwych, takich których treść już znamy. Ułatwi to zrozumienie tekstu i nie doprowadzi do frustracji już po pierwszych 5 minutach. Wiele audiobooków dostępnych jest na youtubie.


Jak widzicie, nie są to typowe metody polegające na bezmyślnym wkuwaniu regułek i słówek. Mam nadzieję, że chociaż jedna z wymienionych przeze mnie propozycji przypadła Wam do gustu. Dzięki nim, nauka nie musi być nudnym, przykrym obowiązkiem, kojarzącym się tylko i wyłącznie ze ślęczeniem nad książkami. Podzielcie się jeżeli Wy też macie jakieś ciekawe sposoby w zanadrzu, chętnie poczytam, może wykorzystam :).

Znaleźliście tutaj coś dla siebie?
Jakiego języka się uczycie?


czwartek, 20 marca 2014

EDT, EDP, EDC- jak wybrać swoje "perfumy"

W ostatnim czasie byłam na etapie poszukiwania nowych "perfum". Wtedy też, zrodził się w mojej głowie pomysł na tę notkę. Postanowiłam Wam nieco przybliżyć pewne pojęcia z nimi związane i odpowiedzieć dlaczego ceny potrafią się tak znacznie różnić. Wiem, że może nawet dla większości z Was nie napiszę nic nowego, czy odkrywczego. Mimo to, na pewno znajdzie się przynajmniej garstka, której mój post może być w przyszłości pomocny, kiedy zadadzą sobie pytanie czym różni się woda perfumowana od wody toaletowej :).

Woda toaletowa, czy woda perfumowana?
Zacznijmy od początku. Kiedy mówimy po prostu o "perfumach" zazwyczaj na myśli mamy jakieś pachnidło, coś czym psikamy się na co dzień, czy większe wyjścia. Jednak pod tym hasłem kryje się znacznie więcej i dlatego warto zastanowić się co trafia do naszych koszyków :). Różnica między zawartościami dostępnych flakoników kryje się w stężeniu olejków zapachowych. To właśnie od nich zależy czy nasze "perfumy" będą trzymały się cały dzień, czy zapomnimy o nich już po godzinie. Im mniej znajdzie się ich w naszym flakonie, tym więcej znajdziemy tam alkoholu. Również one, są istotnym wyznacznikiem ceny.

EDT, EDP, EDC, czym się różni woda perfumowana od wody toaletowej

Wśród pachnideł po które sięgamy wyróżnia się:
-perfumy- to są te prawdziwe, najdroższe zapachy, których ceny potrafią "zabić". Stężenie olejków zapachowych wynosi w nich 20-43%, dlatego też, są najtrwalsze.
-wody perfumowane- te flakoniki możemy dostać już w rozsądnych cenach i ze stosunkowo dobrą trwałością. Stężenie olejków waha się od 13 do 19%.
-wody toaletowe- najczęściej występujące na sklepowych półkach. Są tanie, ale ich trwałość wypada zazwyczaj słabo, a nawet bardzo słabo. Wszystko za sprawą stężenia olejków zapachowych w granicach 8-12%.
-woda kolońska- w tym przypadku mamy do czynienia ze stężeniem 4-7%.
-woda odświeżająca- najbardziej "rozcieńczona" wersja. Stężenie olejków w takiej wodzie wynosi zaledwie 1-3%.

EDT, EDP, EDC, czym się różni woda perfumowana od wody toaletowej

Co oznaczają skróty na flakonikach?
EDP- Eau de Parfum, czyli woda woda perfumowana
EDT- Eau de Toilette, czyli woda woda toaletowa
EDC- Eau de Cologne, czyli woda kolońska
EDS- Eau de Solide, czyli woda odświeżająca

Mam nadzieję, że ten post rozjaśnił Wam trochę tajemnicę rodzajów "perfum", ich cen, oraz trwałości, a Wasze zakupy będą udane :)

Po które rodzaje pachnideł Wy najczęściej sięgacie?
Jakie są Wasze ulubione zapachy? :)


czwartek, 3 października 2013

Jak oszczędzać na kosmetykach, nie rezygnując z nich?

"Będę oszczędzać!"- mogę się założyć, że to zdanie nie jest Wam obce. Niestety, ja również obiecuję sama przed sobą poprawę dość często, ale wciąż z marnymi efektami. W końcu jak tu oszczędzać, kiedy wchodzimy do drogerii po jedną rzecz i nagle wpada nam w oko jeszcze 5 kolejnych,  potem jeszcze 3 w następnej alejce, a po drodze do kasy znajdzie się przynajmniej jeszcze jedna. Często wracamy do domu z nadprogramowymi kosmetykami i pierwsza myśl jest taka "ale kupiłam fajne rzeczy!", ale zaraz po niej przychodzi kolejna "a miałam oszczędzać..". Historia dobrze znana, prawda? ;)


I właśnie dlatego postanowiłam napisać tą notkę. Sama nie lubię sobie odmawiać kolejnego lakieru, czy bosko pachnącego balsamu, a jednocześnie chcę mieć coś w portfelu. Zakupy i pełny portfel? Wiem, brzmi nieco sprzecznie. Niestety trochę tak jest. Jednak nie trzeba od razu się poddawać i godzić z losem. Wydawanie mniej na kosmetyki nie oznacza ich mniejszej ilości- przynajmniej dla mnie :). Oto moje sposoby na to jak wydać mniej, ale mieć tyle samo:

1. Dobry plan/ lista- zawsze staram się robić listę rzeczy które chcę kupić w pierwszej kolejności. Najlepiej konkretną i na bieżąco aktualizowaną. Przykład: planuję kupić masło czekoladowe, więc wpisuję je na listę, dzięki czemu o nim pamiętam. Przy zakupach będę miała je na uwadze i to właśnie ono trafi do mojego koszyka, zamiast np masła kokosowego. O czekoladowym przypomniałabym sobie przy następnej okazji i kupiła. Tym sposobem miałabym już dwa masła i poprzednie poszłoby w odstawkę.


2. Gazetki- staram się na bieżąco przeglądać dostępne gazetki. Mimo, że potrafią nieźle kusić człowieka, to mają też duży plus. Łatwo znaleźć promocje, bądź różnice w cenie między drogeriami. Przykład: na mojej liście widniała ostatnio diamentowa odżywka Eveline. Kilka dni później, przeglądając gazetkę Rossmanna, zobaczyłam tą odżywkę w promocji. I tak miałam ją kupić, a nie przeglądając gazetek poszłabym po nią pewnie po promocji :).

3. Promocje- ten punkt nawiązuje w dużym stopniu do poprzedniego. Na promocjach często kupuję kosmetyki, które są stałymi bywalcami w mojej kosmetyczce/ łazience. Przykład: najlepszym przykładem jest Carmex. Kupuję go od dość dawna i wiem, że po skończonym słoiczku na pewno kupię następny. Dlatego jak widzę go w promocji to biorę na zapas. Przecież i tak go kupię :).

4. Zużywanie starszych- tutaj chyba nikogo nie zaskoczę. Comiesięczne denka na blogach o czymś świadczą :). Chodzi głównie o zużycie w pierwszej kolejności produktów starszych, kupionych wcześniej, zalegających już dłuższy czas. Przykład: każda z nas na pewno miała w swoim życiu sytuacje kiedy w jej łazience stały 3 różne balsamy/ szampony/ czy coś innego. Najlepiej zużyć na samym początku te starsze, zanim stracą ważność i będą nadawały się tylko do wyrzucenia. Wbrew pozorom wyrzucamy nie balsam/ szampon/ czy coś innego, a nasze pieniądze.

5. Wymiany- blogowe, wizażowe, czy nawet między znajomymi. Jest to dobry sposób na pozbycie się kosmetyku, który z jakiegoś powodu nam nie odpowiada. Pozbywamy się problemu, a przy okazji zyskujemy inny kosmetyk, który może stać się naszym hitem. Przykład: swego czasu w moim domu zalegała farba do włosów. Kupiłam, ale rozmyśliłam się z farbowania, bo postanowiłam wrócić do swojego koloru. Tym sposobem na mojej półce stało kilka złotych, które czekało, aż minie data ważności i pójdzie do kosza. Tak się nie stało- wystawiłam ją na wymiankę i znalazła się chętna osoba. Tym sposobem pozbyłam się farby, a zyskałam nowiutki płyn micelarny :).

6. Małe/ duże pojemności- nie od dzisiaj wiadomo, że kupowanie większych opakowań jest zazwyczaj bardziej opłacalne. Warto z tego korzystać przy produktach, które znamy i lubimy. Mimo to, warto też zwrócić na te mniejsze opakowania, czy nawet saszetki, jeżeli kupujemy kosmetyk pierwszy raz. W momencie, gdy okaże się, że nie przypadł nam do gustu będzie łatwiej go wykorzystać, niż dużą butlę. Przykład: słynna maska Kallos Latte. Jedyni ją uwielbiają (w tym ja), inni omijają szerokim łukiem. Dlatego nie warto pakować się od razu w litr, a wypróbować najpierw opakowanie 275ml :)


7. Rozcinanie opakowań- zawsze po skończeniu kosmetyku w tubie rozcinam ją. I wtedy dopiero przekonuję się, że to jeszcze nie koniec, bo w środku wciąż zostało sporo kosmetyku. Przykład: maska Alterra- wiele osób narzeka na jej małą wydajność. To jeszcze bardziej przemawia za tym, żeby wykorzystać produkt do końca. Ja po "skończeniu" swojej rozcięłam tubę i miałam  maskę jeszcze na dwa użycia :).

8. Recenzje- są bardzo przydatne przed samym zakupem. Nie powiedzą nam wprost, czy produkt się u nas sprawdzi, czy nie, ale jeżeli na 100 opinii 95 jest negatywnych to chyba coś jest nie tak ;). Przykład: Eyeliner w pisaku z Avonu, Perfect Wear ma na KWC 229 opinii, średnią ocen 1,08, a 94% osób twierdzi, że nie kupi ponownie. Taka ilość negatywnych opinii musi już o czymś świadczyć.

9. Miejsce zakupu- często ceny kosmetyków różnią się w zależności od miejsca zakupu. Zazwyczaj ten sam kosmetyk można dostać taniej w markecie, niż drogerii. Nie są to wysokie sumy, jednak kilka takich produktów i mamy już na kolejny kosmetyk. Przykład: pierwszy jaki mi się nasuwa to dwie, można powiedzieć najpopularniejsze drogerie- Rossmann i Natura. W tej drugiej, ceny są zdecydowanie wyższe ;)

10. Próbki- wiem, że czasami ich dostanie graniczy z cudem. Jeżeli jednak uda nam się już je zdobyć to wykorzystajmy to. Nie są to duże ilości, ale często pozwolą nam ocenić czy pełnowymiarowy produkt sprawdzi się u nas. Właśnie dzięki nim możemy ochronić się przed zbędnym wydatkiem. Przykład: jakiś czas temu w Rossmannowskim "Skarbie" znalazła się próbka kremu BB od Nivea. Po użyciu stwierdziłam że krem ciemnieje do uroczej pomarańczki, a twarz mnie piecze. Teraz już na pewno nie wrócę z nim do domu po kolejnych zakupach ;).

Dzięki punktom, które wymieniłam nie oszczędzam pokaźnych sum, jednak kilka złotych co miesiąc zostaje w moim portfelu. Jak to mówią: grosz do grosza... będzie na nowy lakier ;). A Wy staracie się robić takie małe rzeczy dla swojego portfela? :)

Co sądzicie o takich rozwiązaniach? Może macie jakieś swoje pomysły? Podzielcie się :)


Przy okazji chcę przypomnieć o mojej blogerskiej akcji Poczty Marzycielskiej i zachęcić Was do zgłaszania się :)