poniedziałek, 28 marca 2016

Znalazłam balsam idealny!


Trafienie na dobrze nawilżający balsam do ciała graniczy z cudem. Tak, przetestowałam już chyba milion produktów i nigdy nie byłam w pełni zadowolona. Zatem sięgam po kolejne balsamy i szukam ideału. Ostatnim balsamem jaki miałam okazję używać był głęboko nawilżający balsam Evree Deep Moisture i to o nim dzisiaj będzie kilka słów.

Informacje od producenta i skład:


Podeszłam do niego z dużą dozą niepewności i spodziewając się kolejnej porażki. Za 400 ml zapłaciłam w promocji 11 zł (cena regularna oscyluje w okolicach 20 zł). Balsam ma delikatną, kremową i dosyć rzadką konsystencję. Bardzo dobrze się wchłania i nie pozostawia nieprzyjemnego, tłustego filmu. Wystarczy dosłownie chwila, żeby nic się nie kleiło. Zapach balsamu jest delikatny, nienachalny i bardzo przyjemny. Zakochałam się w nim od pierwszego użycia i nie znudził mi się do samego końca. Przechodząc do sedna, czyli samego działania muszę przyznać, że w końcu znalazłam balsam który naprawdę nawilża! Jest po prostu niesamowity! Dzięki niemu zapomniałam o suchej, swędzącej skórze! Po zastosowaniu balsamu jest miękka, delikatna w dotyku, mocno nawilżona i ukojona! Polecam!!

A Wy jakie produkty Evree znacie?

czwartek, 17 marca 2016

Eveline SOS Multifunkcyjna maseczka-peeling do twarzy, szyi i dekoltu 5w1


Chodziło za mną od jakiegoś czasu nieco mocniejsze oczyszczanie twarzy. I tak, wczoraj mój wzrok padł na maseczkę Eveline o wdzięcznie długiej i wiele obiecującej nazwie "SOS Multifunkcyjna maseczka-peeling do twarzy, szyi i dekoltu 5w1". Przystąpiłam do działania i oto jestem dzisiaj ze świeżutką recenzją.

Informacje od producenta i skład:

Po otwarciu saszetki ukazała mi się biała maseczka z peelingującymi drobinkami i bezbarwny płyn. Nie do końca wiem czy miał to być celowy zabieg producenta, czy maseczka po prostu się rozwarstwiła, ale obstawiam to drugie. Zapach maseczki urzekł mnie już na samym początku. Dawno nie używałam tak ładnie pachnącej maseczki. Rozprowadzenie jej zajęło mi dosłownie sekundę, jednak drobinki okazały się zbyt ostre, dlatego też nie podjęłam się dłuższego masażu. Po kilku minutach maseczka wchłonęła się, pozostawiając po sobie lepką warstwę i drobinki peelingujące. Przystępując do zmywania poczułam od razu, że nie będzie łatwo. Jak się okazało sama woda nie wystarczyła i potrzebny był zdecydowanie twardsze zawodnik. Wszystko udało mi się już usunąć bez większych problemów żelem micelarnym z Biedronki. Po zmyciu maseczki twarz okazała się gładka, niesamowicie miękka i również pod względem wizualnym zrobiła na mnie ogromne wrażenia. Cera była gładka, jasna i bardziej promienna. Podsumowując, zdecydowanie polecam, ale miejcie pod ręka skuteczny środek do jej zmycia!

Jakich maseczek Wy ostatnio używaliście?

sobota, 5 marca 2016

Ziaja, Kozie Mleko- maseczka do twarzy


O maseczkach do twarzy napisałam już całkiem sporo. Na szczęście na rynku mamy ich od groma, dzięki czemu ciągle mogę testować coś nowego i odkrywać kolejne perełki. Najnowszym odkryciem jest dobrze znana maseczka Ziaji z serii Kozie Mleko, która długo czekała na swoją kolej.

Informacje od producenta i skład:




Kilka słów ode mnie:
Zapach maseczki jest delikatny, przyjemny, dokładnie taki sam jak innych produktów z serii "Kozie Mleko". Kremowa konsystencja znacznie ułatwia nakładanie, jak i zmywanie maseczki. Produkt nie uczula, nie podrażnia, nie powoduje pieczenia. Po zabiegu skóra staje się niesamowicie miękka, nawilżona i odżywiona. Cera z suchej i szarej staje się promienna i delikatna w dotyku. Zawartość saszetki starczyła mi na około 3 użycia. Podsumowując, maseczka okazała się strzałem w dziesiątkę i jedną z lepszych, jakie miałam do tej pory okazję używać. Zdecydowanie polecam!

Jakie Wy macie doświadczenia z serią "Kozie Mleko"?

poniedziałek, 29 lutego 2016

Minerały z Morza Martwego w domowym spa

Jako nastolatka swoją przygodę z kosmetykami zaczynałam między innymi od dosyć taniego i łatwo dostępnego Avonu. Z czasem, doszłam do wniosku, że ich kosmetyki mnie do siebie nie przekonują, a z każdym kolejnym produktem utwierdzałam się, że są one słabe jakościowo i zdecydowanie szkoda mi na nie pieniędzy. Znalazłam jednak w Avonie jedną serię, którą naprawdę polubiłam, jest droższa w stosunku do innych serii, ale jednocześnie dużo lepsza. Zapewne domyślicie się, że chodzi o Planet Spa. Na dzisiejszym celowniku znalazła się maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego dokładnie z tej serii.


Zacznę od tego, że maseczka jest  treściwa, a co za tym idzie, niesamowicie wydajna. Używam jej już całkiem długo, a jeszcze nie widać końca. Z łatwością rozprowadza się na skórze i nie spływa. Zapach ma dosyć intensywny, utrzymujący się na skórze aż do zmycia i... kojarzący mi się z gabinetem dentystycznym. Po nałożeniu na twarz potrzebuje około 10-15 minut. Niestety dosyć ciężko się zmywa, chociaż nie uważam tego za ogromną wadę. Po zastosowaniu skóra jest delikatnie napięta i oczyszczona. Niestety zostaje znacznie w tyle za maseczką z glinką z Łaźni Tureckiej, o której pisałam tutaj.




Niemniej jednak, na pewno jest warta uwagi. Jest wydajna, nie podrażnia i dobrze spełnia swoje zadanie. Mimo, że nie mam większych problemów z cerą to lubię od czasu do czasu zafundować jej głębsze oczyszczanie i ta maseczka sprawdza się w tym bardzo dobrze.

A jakie są Wasze doświadczenia z maseczkami Avonu?
Koniecznie dajcie znać! :) 

wtorek, 9 lutego 2016

Kremy na dzień i na noc, czyli wielkie rozczarowanie AA

Dzisiaj nadszedł czas na recenzję kosmetyków, które mam wrażenie zbierają same pozytywne opinie. Już dosyć pisałam o płynie micelarnym AA z serii Collagen Hial+. Tym razem recenzja dotyczyć będzie kremów z tej samej serii, nawilżającego na dzień i wygładzającego na noc. Oba kremy stosowałam razem, jako zestaw, dlatego też poświęcam im jeden, wspólny post.


Informacje od producenta i skład:




Kilka słów ode mnie:
Kremy AA mają gęstą, zbitą konsystencję, ale mimo tego łatwo się rozprowadzają. Nałożone na twarz nie wchłaniają się do końca, zostawiając po sobie lekki film. Zamknięte zostały w szczelnych i eleganckich szklanych słoiczkach, które bardzo przypadły mi do gustu. Zapach, tak jak w przypadku płynu micelarnego, nie przypadł mi do gustu. Jest ostry, natarczywy i taki "szpitalny". Kremy AA spowodowały, że moja cera, która raczej nie sprawia większych problemów, zaczęła się buntować. Początkowo wydzielała coraz więcej sebum, stawała się coraz bardziej tłusta i zaczęły pojawiać się wypryski. Nie musiałam długo czekać, żeby dodatkowo dorobić się podskórnych, bolących gul. Tym samym zadecydowałam żeby zrezygnować z używania tych kremów i na dzień dzisiejszy próbuję opanować sytuację na mojej twarzy. Kremy AA kompletnie mnie rozczarowały i wciąż nie mogę zrozumieć skąd mają tyle pozytywnych opinii. U mnie się nie sprawdziły, nie polecam ich i na pewno będę omijać szerokim łukiem.

Znacie te kremy? Sprawdziły się u Was?

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Maseczka z nutką kakao, czyli Ziaja Masło Kakaowe


Moja miłość do naszej polskiej Ziaji trwa nie od dzisiaj. Dlatego, kiedy już jakiś czas temu wydali oni nową serię maseczek moje oczy się zaświeciły, a nogi poprowadziły do drogerii. Z radością chwyciłam maseczkę z serii Masło Kakaowe i dzisiaj nadszedł czas na jej recenzję.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:

Maseczka, jak każdy produkt z serii Masło Kakaowe, przepięknie pachnie! Jej kolor, wbrew mojemu przekonaniu okazał się jasny, delikatnie zabarwiony. Konsystencja maseczki jest bardzo delikatna, na szczęście w niczym nie przypomina tępej konsystencji kremu z tej samej serii. Rozprowadza się bez najmniejszego problemu, a saszetka starcza na około 2-3 razy. Po nałożeniu produktu skóra delikatnie zaczęła mnie piec, jednak maseczka nie podrażniła, ani nie spowodowała zaczerwień. Po bezproblemowym zmyciu, skóra stała się miękka, delikatniejsza, a koloryt został w niewielkim stopniu wyrównany. Nie zdecydowałam się na starcie jej jedynie wacikami z obawy przed zapchaniem. Obecnie nie mam też większych problemów z suchymi skórkami, ale obawiam się, że maseczka by sobie z nimi nie poradziła. Ostatecznie, nie wypadła najgorzej, jednak nie stała się moim faworytem. Znam zdecydowanie lepsze i skuteczniejsze maseczki tej firmy, jak chociażby regenerującą z glinką brązową.

A jakie są Wasze doświadczenia z tą maseczką?

poniedziałek, 7 września 2015

Micelarny płyn do demakijażu od AA


Codzienny demakijaż to temat bardzo ważny. Każda z nas ma swój, ulubiony sposób. Moim  jest zdecydowanie żel do demakijażu z Be Beauty. Od czasu do czasu jednak zdarza mi się sięgnąć po coś innego. Tym innym czymś był tym razem płyn micelarny AA Colagen Hial.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Płyn micelarny AA został zamknięty w wygodnym, szczelnym opakowaniu, chociaż działającym dosyć ciężko. Po otwarciu dobiega nas mocny, natarczywy, niezbyt przyjemny zapach kojarzący się z gabinetem lekarskim. Już na starcie stawia go to na niezbyt dobrej pozycji. Konsystencja i kolor raczej nikogo nie zaskoczą- płyn, jak każdy tego typu produkt jest wodnisty i bezbarwny. Produkt nie wymaga zmywania, jednak ja robię to zawsze. W innym przypadku pozostawia po sobie nieprzyjemną, lepką powłoczkę, która daje poczucie nieświeżości. Ze zmywaniem makijażu nie radzi sobie kompletnie. Nawet sam tusz sprawia mu problem i pozostawia jego resztki na rzęsach. Płyn przeznaczony jest do skóry wrażliwej i skłonnej do alergii i w tym jednym przypadku radzi sobie nieźle. Nie powoduje żadnych podrażnień, pieczenia, nie powoduje szczypania czy zaczerwienienia oczu. Mimo to, nie spełnia swojej najważniejszej i głównej funkcji, czyli usuwania makijażu. Zdecydowanie nie jest to mój produkt marzeń. 

Jakie są Wasze ulubione produkty do demakijażu?

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Jeden z nielicznych zachwytów Avonem!


Dzisiejszy poranek zaczęłam od maseczki. Tym razem sięgnęłam po kończącą się już maseczkę do twarzy z glinką z Tureckiej Łaźni Termalnej. Czekała na swoją kolej już od dłuższego czas, ale dzięki temu przetestowałam ją na wszystkie strony. Wiele razy wspominałam, że Planet Spa to jedyna seria Avonu, która ma u mnie prawo bytu ze względu na swoją jakość. I tym razem się nie zawiodłam.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Maseczkę można kupić już za około 10 zł/75ml (obecnie ma nowe opakowanie). Do tego jest naprawdę wydajna. Konsystencję ma dosyć gęstą, ale łatwo się rozprowadzającą. Zapach jest delikatny, przyjemny i nie męczący. Maseczka zasychając staje się jasna i delikatnie się kruszy. Przy zmywaniu stawia niewielki opór, ale bez większych problemów. Produkt urzekł mnie swoim naprawdę świetnym i skutecznym działaniem. Skóra po zabiegu jest dobrze oczyszczona, zmatowiona i delikatnie napięta. Jej wygląd znacznie się poprawia, wygląda na zdrowszą, świeższą i wypoczętą. Maseczka pochłania nadmiar sebum i świetnie radzi sobie z zaskórnikami. Jedynym minusem jest to, że przy regularnym stosowaniu może wysuszać, dlatego warto zadbać również o porządne nawilżanie skóry.



W maseczce zakochałam się od pierwszego użycia. Spełnia wszystkie moje oczekiwania, działa naprawdę skutecznie i na dodatek dostępna jest w świetnej cenie w stosunku do jakości i wydajności. Polecam z czystym sumieniem.


Które maseczki z Avonu są Waszymi ulubionymi? 

sobota, 1 sierpnia 2015

Ziaja z glinką szarą, czyli oczyszczanie maseczką


Po chwilowych perypetiach z komputerem, po utracie wszystkich danych i po przymusowej przerwie od blogowania wracam! Tym razem pojawiam się z kolejną maseczką (a przedstawiłam Wam ich już 20). Ostatnio częściej sięgam po maseczki oczyszczające. Tym razem padło na maskę z glinką szarą od Ziaji.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Wszystkie znane mi do tej pory maseczki od Ziaji miały zapach dosyć intensywny, często urzekający. Zapach wersji oczyszczającej jest bardzo delikatny, prawie niewyczuwalny. Maseczka rozprowadza się szybko, łatwo i nie sprawia problemów przy zmywaniu. Po zabiegu skóra jest... praktycznie taka sama jak przed. Nie zauważyłam prawie żadnych efektów poza delikatnym wyrównaniem kolorytu. O ile inne maseczki Ziaji zaskakiwały mnie pozytywnie, tak ta zdecydowanie mnie rozczarowała. Nie zmniejszyła porów, nie oczyściła ich, a zmatowienie trwało nie dłużej niż 5 minut. Również nawilżenie, które obiecuje producent nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. O łagodzeniu podrażnień nie jestem w stanie się wypowiedzieć, bo na chwilę obecną ich nie mam, ale zapewnić mogę, że maseczka sama w sobie krzywdy nie robi.

Tym razem Ziaja nieco mnie rozczarowała. Maseczka okazała się kompletnym niewypałem, który  nie zrobił z moją skórą kompletnie nic. Obecnie jestem w trakcie drugiej saszetki, ale nie kupię jej ponownie. Ziaja zdecydowanie może się pochwalić innymi, skuteczniejszymi maseczkami.


A jakie są Wasze doświadczenia z tą maseczką? 

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Pierniczki, pierniczki, pierniczki!

Sezon na "zimowe" zapachy zdecydowanie dobiegł końca. Za oknem słońce i temperatura mocno sugerują, że czas odstawić ciężkie, słodkie kosmetyki. Tym samym ja dobiłam do końca z pierniczkowym masłem do ciała z Farmony, które udało mi się ustrzelić w naprawdę fajnej cenie w Biedronce. Za 3 kosmetyki (masło, żel i krem do rąk) zapłaciłam 15 zł. Już jakiś czas temu rozpływałam się nad Farmonowym masłem o zapachu pistacji i czekolady. A o tym jakie wywarł na mnie wrażenie piernikowy brat już informuję.


Standardowo, w tego typu kosmetykach uwiódł mnie zapach. Po prostu powalił na kolana już po pierwszym powąchaniu i co chwilę obwąchiwałam siebie, bądź otwierałam "słoiczek". Zapach jest słodki, mocno korzenny, a przy tym niechemiczny. Dodatkowo utrzymuje się długo na skórze, co spowodowało u mnie kolejną falę zachwytu! Z rozprowadzaniem masła nie miałam najmniejszego problemu. Jest lekkie, łatwe do rozsmarowania, i jak na tego typu produkt, bardzo szybko się wchłania. Nie pozostawia też po sobie żadnych tłustych warstw, chwała mu za to! Działanie tego masła też mogę ocenić pozytywnie. Nie robi szału, ale mimo to, jest naprawdę całkiem przyzwoite. Skóra jest nawilżona, miękka i... pięknie pachnąca!


Łatwo zauważycie, że pierwsze skrzypce w tym masełku gra zapach. Jest fenomenalny, nie nudzi się i podbije serce każdej, która kocha korzenne zapachy. Do tego dochodzi całkiem dobre działanie, więc czego chcieć więcej? ;)

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Błyskawiczna maseczka, czyli Verona z oliwką


Zgodnie ze swoim postanowieniem, wróciłam znowu do maseczek. Nie idzie mi to jeszcze tak dobrze i regularnie, jakbym chciała, ale ciągle do przodu. Uwielbiam maseczki za ich cenę, oraz za łatwość i szybkość stosowania. Do tego wszystkiego dochodzi często świetne działanie i mamy wszystko czego nam potrzeba. W moich zapasach już dość długo czekała błyskawiczna oliwkowa maseczka bankietowa z Verony i to właśnie na nią nadszedł dzisiaj czas.
Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Już po otwarciu saszetki poczułam piękny, świeży oliwkowy zapach, który towarzyszy, aż do momentu zmycia maseczki. Rozczarowała mnie jej konsystencja, bardzo lekka, kremowa, wręcz za rzadka. Zdecydowanie bardziej wolę treściwsze produkty. Producent na opakowaniu twierdzi, że maseczka nas odmłodzi- naprawdę? Zauważalne jest natomiast wygładzenie, odświeżenie i delikatne napięcie skóry. Cera po maseczce wygląda zdrowiej, chociaż nie są to spektakularne efekty. Według instrukcji na opakowaniu, maseczki się nie zmywa, z czym kompletnie się nie zgadzam. Produkt nie wchłania się na tyle dobrze, aby móc zetrzeć tylko nadmiar, a resztę pozostawić. Na pewno też nie stanowi dobrej bazy pod makijaż. Pozostawia po sobie nieprzyjemny film  i powoduje, że podkład się roluje.

Maseczka ma zarówno plusy, jak i minusy. Piękny zapach na pewno nie jest w stanie przyćmić niezbyt przyjaznego składu. Natomiast podobne efekty, dają także inne maseczki, z którymi bardziej się polubiłam i do których na pewno chętniej wrócę niż do Verony.

Jakie maseczki gościły ostatnio u Was?

wtorek, 17 lutego 2015

Oillan, krem który podbił moje serce!


W tym roku moja twarz osiągnęła apogeum wysuszenia. Zawsze miałam problemy z jej porządnym nawilżeniem, jednak tak mocne wysuszenie odnotowałam po raz pierwszy w swoim życiu. Po części przyczynił się do tego nowy podkład, który z jednej strony jest świetny, ale z drugiej ma tą wadę, że niesamowicie przesusza. Nie dają sobie z nim rady maseczki, ani większość kremów. I wtedy pojawił się on, hydro-aktywny krem do twarzy Oillan od Oceanic Pharmaceutic, który szybko pokazał co potrafi.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Konsystencja kremu jest dosyć gęsta, jednak na twarzy rozprowadza się bardzo łatwo i świetnie się wchłania. Zapach kremu jest dosyć specyficzny, mi od pierwszego użycia kojarzył się z serkiem pleśniowym i tak jest do dzisiaj. Nie jest on jednak uciążliwy, ani zbyt nachalny. Wystarczy niewielka ilość, żeby posmarować całą twarz, dlatego też, jest bardzo wydajny. Jak już wspomniałam, krem świetnie się wchłania, a tym samym bardzo dobrze sprawdza się zarówno na noc, jak i na dzień pod makijaż.


Nie pozostawia po sobie żadnego lepkiego, czy tłustego filmu. Sprawia natomiast, że skóra staje się miękka, gładka i niesamowicie nawilżona! Nie powoduje żadnego podrażnienia, jest delikatny dla skóry, nie zawiera żadnych alergenów, parabenów, barwników i zapachów. Dodatkowym jego plusem jest niezbyt wygórowana cena, około 20 zł za 50 ml, oraz fakt, że jest to kosmetyk polski. Z czystym sumieniem zaliczę go do moich ulubieńców i sięgnę po niego jeszcze niejednokrotnie. Żaden inny krem do tej pory nie zapewnił mi tak dobrej pielęgnacji i nawilżenia. 

Dajcie znać, czy wpadł już w Wasze ręce! :)


sobota, 7 lutego 2015

Dermika Energia, maseczka energetyzująco- nawilżająca


Ta zima dała mi się ostro we znaki. Do tego trafił mi się dość mocno wysuszający podkład i tym sposobem moja twarz ciągle woła o nawilżenie. Tym razem na ratunek miała przyjść Dermika Energia, czyli maseczka energetyzująco- nawilżająca. Jest to moja pierwsza maseczka, i ogólnie pierwszy kosmetyk tej marki. Producent obiecuje wiele, więc też wiele oczekiwałam. Zużyłam całą i przychodzę z recenzją.

Informacje od producenta i skład:


Kilka słów ode mnie:
Konsystencja maseczki średnio przypadła mi do gustu. Jest raczej rzadka, mało treściwa, bardziej przypomina krem, niż maseczkę. Zapach również nie zdobył mojego uznania. Dosyć intensywny, lekko sztuczny, ale na szczęście niezbyt szkodliwy i uciążliwy. Niepokojące jest to, że po nałożeniu skóra szczypie i staje się lekko rozpalona. Nie zauważyłam jednak, żeby ten efekt się utrzymywał również po zmyciu. Po kliku minutach od nałożenia maseczka się wchłania pozostawiając po sobie tłusty, nieprzyjemny film. Przez to też, zrezygnowałam z pozostawiania jej na dłużej niż 15-20 minut. Kolejnym rozczarowaniem były efekty, a raczej ich brak. Skóra ciągle pozostaje sucha i zmęczona. Nie zaobserwowałam obiecywanego dotlenienia, rozjaśnienia, usunięcia oznak zmęczenia i stresu. Odnotowałam tylko i wyłącznie delikatne napięcie skóry. Jednak jest to zdecydowanie za mało, żebym polubiła się z tą maseczka i żeby pozostała ze mną na dużej. Tym bardziej, dziwi mnie jej wysoka cena. W mojej opinii na pewno nie jest warta około 4-5zł za 10 ml.

Dajcie znać czy miałyście do czynienia z Dermiką ;).

piątek, 23 stycznia 2015

Ściereczka Glov on-the-go- hit, czy kit?


O tym, jak ważny jest codzienny demakijaż zapewne nie muszę Wam przypominać. Moim ulubionym kosmetykiem do tego jest mega tani i świetnie radzący sobie żel z Biedronki (klik). Korzystam też z mleczek do demakijażu i płynów micelarnych, i mimo, że trafiałam na lepsze lub gorsze produkty, to jednak nie trafiłam na taki, który zadowoliłby mnie w 100%. W sierpniu trafiła natomiast do mnie ściereczka Glov, w wersji on-the-go, która niczym magnes ma usuwać makijaż. Brzmi nieźle!


Zadaniem ściereczki jest usuwanie makijażu bez chemii i wacików. Wystarczy namoczyć ją w wodzie, przyłożyć do twarzy, a następnie delikatnie zetrzeć makijaż. Ja jej używam natomiast na dwa sposoby. Rano, moczę w chłodnej wodzie i przecieram nią twarz. Świetnie odświeża po całej nocy i delikatnie rozbudza. Jednak nie to jest jej zadaniem. Drugi, właściwy już sposób to demakijaż. Wtedy ściereczka trafia pod ciepłą wodę. Podeszłam do tego z dużą dozą powątpiewania. Okazało się jednak, że nie jest tak źle. Ściereczka w całkiem przystępny sposób pomaga pozbyć się makijażu bez użycia innych kosmetyków. Ale nie jest tak kolorowo, jakby się wydawało. Usuwa go niedokładnie i dla właściwego efekt trzeba się już trochę przyłożyć, szczególnie przy mocniejszym makijażu. 
Na początku ściereczka była bardzo mięciutka, delikatna i naprawdę przyjemna w stosowaniu. Mimo tego, że używam jej od czasu do czasu to dosyć szybko stała się twardsza i bardziej szorstka, ale wciąż całkiem miła w dotyku. Ogromnym jej plusem jest łatwość czyszczenia. Bez najmniejszego problemu dopiera się nawet z mocnych, wodoodpornych kosmetyków i ciągle pozostaje biała.


Nie powiem, że jej nie polubiłam. Do lekkiego makijażu i odświeżenia po nocy sprawdza się naprawdę dobrze. Nie potrzebuje przy tym żadnych kosmetyków do demakijażu, a pranie nie sprawia naprawdę żadnego problemu. Mimo wszystko, cena (39.90zł), którą ustalił producent, nie przekonuje mnie do ponownego zakupu. Ściereczka nie jest w stanie w pełni zastąpić tradycyjnych produktów do demakijażu na mojej półce. Daję jej 7/10.

Dajcie znać jaki sposób demakijażu jest dla Was najlepszy! :)

sobota, 6 grudnia 2014

Kąpiel z olejkami aromatycznymi- Apart Oil Therapy, Esencja do kąpieli relaksującej

Grudzień to czas, kiedy każdy marzy o ciepłej, pachnącej kąpieli pełnej piany. Również i mi się zamarzyła, więc sięgnęłam do swoich zbiorów po saszetkę Apart Oil Therapy, która zawiera w sobie relaksującą kąpiel z olejkami aromatycznymi. Nalałam gorącej wody, dolałam zawartość i z dużym zaciekawieniem przystąpiłam do testów. 


Informacje od producenta i skład:

Moja opinia:
Już na samym początku zdziwiła mnie konsystencja produktu. Z saszetki wylałam do wanny bezbarwną esencję konsystencji wody. Spodziewałam się czegoś gęstszego, treściwszego. Zawartość od razu mocno się spieniła, co zatarło pierwsze, niezbyt dobre wrażenie. Właściwie uzyskałam pełną wannę piany, która utrzymywała się naprawdę długo. W końcu SLS znajduje się już na drugim miejscu. Niestety kwestie zapachowe były następną rzeczą, która mnie zawiodła. Miała to być odprężająca, pięknie pachnąca esencja, tymczasem ja nie poczułam prawie nic. Żadnych mandarynek, imbiru, czy ylang- ylang (czymkolwiek on jest! :)). Zawiodły mnie również obietnice producenta o odprężeniu i uspokojeniu. Ta kąpiel zdecydowanie nie była bardziej odprężająca, niż każda inna, bez dodatku jakichkolwiek produktów. Pielęgnacji i regeneracji skóry również nie zaobserwowałam. Podsumowując, mogę stwierdzić, że produkt nie robi nic więcej poza dużą ilością piany. Kąpiel dostaje od mnie 2/5.

Jakie produkty do kąpieli są Waszymi hitami?
Które nie sprawdziły się kompletnie?

wtorek, 4 listopada 2014

Nawilżanie z Lirene, czyli maseczka samowchłaniająca

Jakiś czas temu wpadłam w szał kupowania maseczek do twarzy. Właściwie trwa on do dzisiaj, bo szkoda nie wrzucić do koszyka, skoro kosztują naprawdę grosze. O ile na początku używałam ich sumiennie, tak teraz przestało mi to trochę wychodzić. Staram się jednak nie zapominać o nich zupełnie i od czasu do czasu kieruję swoje kroki do łazienki w celu nałożenia którejś z nich. Ostatnim razem padło na Lirene Dermoprogram. Zmierzyłam się z maseczką nawilżającą z wyciągiem z wiśni z Barbados. Sama nie wiem czemu, ale już od początku liczyłam na wiele.


Cena i dostępność:
Jak większość maseczek, produkt nie jest drogi. W zależności od miejsca zapłacimy za nią około 2-3zł za 10ml. Swoją zakupiłam przy okazji którejś z Biedronkowej gazetki kosmetycznej za niecałe 2zł. Trochę drożej można je dostać w większości sieciowych drogerii.

Informacje od producenta:

Skład:

Moja opinia:
Po otwarciu saszetki mamy do czynienia z białą maseczką o kremowej konsystencji i typowo kremowym, dość intensywnym zapachu. Już na 4 miejscu w składzie mamy parafinę, a tym samym maseczka jest tłustawa, i taką też pozostawia po sobie powłokę. Rozprowadza się bez najmniejszego problemu. Chwilę po nałożeniu, odczułam na twarzy delikatnie, niezbyt przyjemne pieczenie, jednak nie zrobiła mi ona żadnej, nawet najmniejszej krzywdy. Produkt stosowałam na dwa sposoby- tak jak zaleca producent, czyli bez zmywania, oraz ze zmywaniem. Po zmyciu maseczki, skóra jest przyjemna w dotyku, miększa, ale w bardzo niewielkim stopniu. Wrażenie delikatności, wygładzenia jest znacznie wyraźniejsze przy pozostawieniu maseczki. Uważam jednak, że jest to złudne uczucie, które funduje nam parafina. Mimo wszystko, w obu przypadkach efekty są chwilowe. Właściwie już po kilku godzinach można o nich zapomnieć. Jak wspomniałam na początku, pokładałam w tej maseczce duże nadzieje. Niestety, szybko się rozczarowałam i daję jej +2/5.

Które produkty Lirene polecacie, a które wręcz przeciwnie? :)